środa, 13 lipca 2011

Personal Jesus.



Od bardzo dawna gryzę wargi, mam rany na ciele i nie śpię.
Od dawna jestem samotny i pusty.
Od średnio pół roku nie posiadam pamięci świeżej.
Od niedawna ludzie nie mają dla mnie znaczenia, z wyjątkami.
Od miesiąca wmawiam sobie, że wszystko jest okej.
Od tygodnia wychujałem 2 osoby.
Od wczoraj jestem zmęczony niespaniem, pierwszy raz w życiu.
Od zawsze męczy mnie świadomość pustoszenia własnego życia. 



-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-
-
-

-
-











































































Dzień za dniem.
Dzisiaj postaram się zasnąć. 
Tylko żeby mój umysł był cicho.
Dzisiaj nie chcę słyszeć. 
Chcę znów czuć normalność. 
Chcę po prostu zasnąć i wstać, zjeść śniadanie i wypić kawę, chcę znów obwiniać się za wszystko co robię i chcę żeby ludzie znów ze mną pisali, żeby ktoś się o mnie martwił tak jak kiedyś. 
Chcę żeby to co było dla mnie największym gównem wróciło, żeby najgorsze sytuacje przeszłości działy się teraz, żeby nie było teraz.
Chcę tamtych problemów.
Nie pamiętam kiedy pierwszy raz oszukałem siebie. Od kiedy pamiętam jestem aktorem i mam główną rolę w życiu. Świadomie wybieram i nieświadomie działam. Oszukiwanie siebie dało mi satysfakcję z tego co robię i  mniejszy ból, pieprzona stawka normalności.
Kłamstwa. 

poniedziałek, 11 lipca 2011

Sir Death...


Nigdy nie umieszczę, któregoś z listów na blogu.

Poniedziałek.
Zaczął się nowy tydzień.
Nowa wolność, tak sądzę. Nareszcie mogę nie spać do 5 i czekać 2 godziny aż wyjdzie mama.
Nareszcie mogę zapalić i napić się kawy.
Nareszcie mogę nie jeść, bo mi nikt nie karze.
Tylko witaminy, kawa i ja.
Przecież ja tak nie mogę, przecież ja się niszczę, przecież umrę.

Znowu mogę nie obierać telefonów. Znowu mogę otoczyć się świeczkami, wtykać palce w wosk.
Mogę leżeć na podłodze szukać ciszy pośród pożółkłych białych ścian. Założę okulary przeciwsłoneczne i będę udawał, że jest noc. Może znów przechytrzę mój umysł i zasnę? Mogę też udawać, że mam wołam kota, a on do mnie nie przychodzi.Mogę rzucić w powietrze poduszką i powiedzieć:
"śpisz tu od 24h za godzinę zaczniesz mi płacić za czynsz"
Mogę też puścić muzykę i znów tańczyć jak oszalały.
Poszukam czekolady, która jest przede mną schowana, zaszyję się z nią w pokoju, znowu będzie ciemno.
Jedyne światło to ekran komputera.
Puszczę jakiś brytyjski serial żebym musiał patrzyć się na napisy, bo nie rozumiem akcentu.
Napiszę list pożegnalny i będę udawał martwego.
Będę udawał, że tęsknią.
Że to wszystko co słyszę jest prawdziwe.
Zaprzyjaźnię się z umysłem i znów nie będę nic słyszał.
Aż będzie tak pusto i nudno, że zaczną wymiotować.
Będę udawał, że zwymiotowałem nudę.
Wtedy będę robił wszystko od nowa.
Jakby to była dobra zabawa.
W Wonderland'zie.
Każdego dnia go tworzę.
A ty nadal myślisz, że to prawda i wszystko jest takie cudowne.
Że to życie.
Poudaję tylko, że za Tobą tęsknie, jak nie dajesz znaku życia, żebyś znów nie była smutna.
I nie odpowiem jak znów zapytasz.
Czemu nie rozmawialiśmy...

niedziela, 10 lipca 2011

F-u-ck-e-n-s-h-i-t

Miałem trzymać się z daleka od wszystkich.
I znowu gówno. 
Znowu się zjebało. 
I pieprzę to.
Nic nie naprawiam.
Mam dość ludzi.
To do mnie nieubłaganie wraca, wywierca mi wnętrzności i zabija.
Zabija od środka, kurwa, ile można...

sobota, 9 lipca 2011

500 channels and no porn.


Kiedy to co krzywdzi zacznie być przyjemnością, kiedy odejdą wszyscy zanikający, kiedy kłamstwa staną się prawdą, a tak naprawdę wszystko jednak pozostanie wymysłem. 
Dotychczasowe wartości zmieniają się, stają się zupełnie odwrotne.

piątek, 8 lipca 2011

Down.

Miało być coś ambitnego, a jest to:

Warszawa, 30 czerwca 2011.
Drogi Nieznajomy.
W zasadzie nie wiem, co Ci napisać. To trudne. Ty nawet nie istniejesz, a mój list gdzieś przepadnie. Upadnie na ziemię i nikt go nie podniesie.
Zdepczą go.
W zasadzie to nie list. To trudne. Ty nawet tego nie przeczytasz, a mój list gdzieś zniknie. Wpadnie między kraty studzienki. Nikt go nie znajdzie.
Nikogo to nie obchodzi.
Nigdy czegoś takiego nie czułem. W moim życiu były już różne rzeczy.
Ja, osoba, miłość, rozstanie, seksapil, rozczarowanie, złamane serce, ból etc.
Chodzi mi o to, że ja nigdy się nie zakochałem. Znam miłość, znam fizyczność, znam odpowiedzialność za kogoś. Tego jeszcze nie znałem.
To jest zakochanie się w kimś? Może zwyczajnie brnę na siłę to, co nie jest mi potrzebne?
Ale przecież nawet nie byłeś prawdziwy. To niemożliwe. Odczucie czegoś realnie, choć zakochałem się w fantazji.
Jechałem pociągiem. Warszawskie godziny szczytu. Pociąg był jakiś z obrzeż Warszawy. Miał stoliki między siedzeniami. Może blaty? W sumie blaty. Wiem, że nie jechałem sam. Do Warszawy było jeszcze kilka stacji. Położyłem się na blacie. Słońce zaglądało przez nieotwierane okna. Zasypiałem i budziłem się średnio, co `15 minut. Dojeżdżałem do końcowej stacji. Nikt nie próbował usiąść naprzeciwko mnie. Pojawiłeś się. Niby znienacka, może się Ciebie spodziewałem, nie krępowałeś mnie, więc leżałem i patrzyłem się tylko na Ciebie. Nie docierało do mnie, że muszę wysiadać.
Nie byłeś przystojny. Jakiegoś specjalnego zachwytu nie było. Uroda dość zwyczajna. Skrzyżowanie Jamesa Blunta i tego Chłopaka Mieszkającego Gdzieś W Pobliżu Hermanicza.
Coś jak starsza wersja. Posiadałeś zarost. Ładnie ogolony. Wyglądał na 1-dniowy. Oczy koloru czekolady. Nie lubię takich oczu, są zwyczajne i pasowałyby każdemu o ciemnych włosach. Nawet nie. Po prostu są jakoś pospolite. Tobie jednak pasowały. Nie zielone, nie niebieskie, nie inne. Te były okej. Włosy wystawały spod zimowej czapki. Nie pamiętam dobrze, ale chyba się kręciły. Miałeś poważny wyraz twarzy. Ile mogłeś mieć lat…? 20? 17?
Sam nie wiem. Ta uroda mnie zmyliła.
Musieliśmy rozmawiać, bo wiem, że nie należę do śmiałych w ludzkich relacjach. Od Ciebie zapewne nie usłyszałem zbyt wiele. Właściwie nie mam, co się nad tym zastanawiać, nawet nie pamiętam Twojego głosu. Ale czułem jakbyśmy znali się więcej niż 3 stacje, niż tydzień, miesiąc.
Poprosiłem Cię o Gadu-Gadu.
O GG…
Miałem na myśli numer.
Idiota numer 1.
To ja.
Uśmiechnąłeś się bez pokazywania zębów. Ładny uśmiech. Podałeś mi zwitek papierków. Nie dostałem numeru, adresu, gg. Cokolwiek. Dostałem zwitek pieniędzy. Czułem się świetnie.
Dyń, dyń. Coś mi podpowiedziało, że muszę wysiadać. I ten chaos. To wszystko spowodowało, że straciłem Cię z oczu. Nie mogłem Cię znaleźć. Nie szukałem długo…
Odchodziłem cały czas uśmiechając się do siebie.
Byłem zakochany.
Nic się nie liczyło i to mi wystarczało.
Tego snu było tak mało… chciałbym się niewyobrażalnie rozpisać, lecz co mi się coś przypomni, drugie wypada z głowy.
Sny bywają przepustką do rzeczywistości, szkoda, że tak nierealnej.