wtorek, 2 sierpnia 2011
We Are Not In Wonderland Anymore.
-Sprytnie zamykasz okno mojej rzeczywistości.
Razem zawsze wchodzimy w coś co jest złe. Dobrze to wiesz, prawda?
I nie wstydzę się tego, że jesteśmy inni.
Może i coś nas łączy...
Fajnie, że już jesteś. To dobrze, że znalazłem się gdzieś tam w Twoim świecie.
Niegdyś naszym.
-Pamiętasz, prawda?
-Nie.
-To był nasz mały Wonderland, nie pamiętasz? Przecież...Przecież to ty. To wszystko ty, czemu to ukrywasz, wiem, że to dobrze pamiętasz! Wspomnienia nie znikają tak po prostu z głowy. Nie wycofuj się.
-Nie potrafię.
-Ze mną już okej. Jak z Tobą. Możemy znowu zacząć od nowa. Możemy, ja to wiem, ja obiecuję.
-Komu? Nie mnie. Nie obiecuj nic, bo Twoje obietnice są błahe.
Miałeś to wszystko zniszczyć.
Miałeś to zrujnować zanim one Cię dopadną..
-Wszystko zrobiłem. Uwierz mi. Nic z tego nie zostało.
-Wspomnienia nie znikają tak po prostu z głowy, tak powiedziałeś, prawda? Nie mam już na Ciebie siły..
Potrzebujesz pomocy, tym razem nie mojej.
-Przecież mnie tak nie zostawisz...
-Zostawię.
-Przecież nie zrobisz tego teraz. Jestem niczym,a ty nadajesz mi to coś.
-Co?
-To coś co mnie trzyma przy życiu...jeszcze. Zostań proszę, parę dni, daj mi sie pozbierać.
Podniosłem papierosa. To nie było to czego chciałem.
Zaciągnąłem się. Wszystko zepsułem.
I wypuściłem dym. Nikt nie lubi świrów.
Jeden z gorszych wieczorów ever.
Muszę się chyba położyć. Jutro kolejne zdjęcia.
czwartek, 28 lipca 2011
End.
To już ostatnia notka z tą pieprzoną opowiastką. Nie mam siły tego pisać, ale muszę skończyć.
...Nad wypiętrzającymi się grobami cmentarzu za Warszawą wyjęli mnie taktownie z samochodu i ponieśli w ślimaczym tempie dróżką pod lipami Złożyli mnie na chwilę na świeżo skoszone trawie. Specjalnie dla mnie.
Nad otwartym grobem rozpoczęło się żałobne nabożeństwo, a w głosie szafarza-którym był nasz proboszcz-wypowiadającego uświęcone tradycją słowa, dźwięczał prawdziwy żal.
Po raz pierwszy słuchałem żałobnej liturgii z takiej perspektywy. W zeszłym roku uczestniczyłem z ojcem w pogrzebie sklepikarza z osiedla. A skoro już o nim mowa: jego grób znajdował się o kilka jardów od miejsca, w którym obecnie leżałem. Zdążył się już zapaść, zostawiając po sobie niewiele więcej od prostokątnego zagłębienia w trawie, wypełnionego najczęściej kałużą deszczówki.
Leżałem i czekałem. Myślałem o gotującej się poniżej zupie z kości-zupie, której nową ingrediencją za chwilę się stanę.
Gabriel Maksymilian de Luce 1913-2013, każą wyryć na moim kamieniu nagrobnym-skromnym gustownym kawałku szarego marmuru, na którym nie ma miejsca na sentymentalne ozdobniki.
Szkoda, gdybym żył dłużej, wyraziłbym pisemnie wolę umieszczenia na nim szczypty Wordswotha
Z rozmyślań wyrwał mnie głos proboszcza:
-...ziemi ziemi - prochy prochom - popioły popiołom w nadziei zmartwychwstania do życia wiecznego przez Pana Naszego Jezusa Chrystusa, który wskrzesi nasze grzeszne ciała...
I nagle wszyscy odeszli zostawiając mnie samego-żebym sam słuchał robaków.
To wszystko: koniec nieszczęsnego Gabriela.
Uff.
Zawieszam bloga.
Mój artyzm mnie przerósł i na zwykłe notki nie mam weny.
Chyba, że ktoś chce końcówki tego co jest na górze. lol.
...Nad wypiętrzającymi się grobami cmentarzu za Warszawą wyjęli mnie taktownie z samochodu i ponieśli w ślimaczym tempie dróżką pod lipami Złożyli mnie na chwilę na świeżo skoszone trawie. Specjalnie dla mnie.
Nad otwartym grobem rozpoczęło się żałobne nabożeństwo, a w głosie szafarza-którym był nasz proboszcz-wypowiadającego uświęcone tradycją słowa, dźwięczał prawdziwy żal.
Po raz pierwszy słuchałem żałobnej liturgii z takiej perspektywy. W zeszłym roku uczestniczyłem z ojcem w pogrzebie sklepikarza z osiedla. A skoro już o nim mowa: jego grób znajdował się o kilka jardów od miejsca, w którym obecnie leżałem. Zdążył się już zapaść, zostawiając po sobie niewiele więcej od prostokątnego zagłębienia w trawie, wypełnionego najczęściej kałużą deszczówki.
Leżałem i czekałem. Myślałem o gotującej się poniżej zupie z kości-zupie, której nową ingrediencją za chwilę się stanę.
Gabriel Maksymilian de Luce 1913-2013, każą wyryć na moim kamieniu nagrobnym-skromnym gustownym kawałku szarego marmuru, na którym nie ma miejsca na sentymentalne ozdobniki.
Szkoda, gdybym żył dłużej, wyraziłbym pisemnie wolę umieszczenia na nim szczypty Wordswotha
Nikt na jego chwałę słowa nie rzekłA gdyby się wzdragali, zostawiłbym im jako alternatywę:
Nikt jego nie kochał prawie.
Serca szczere uczynkami znękane.Do granic rozpaczy przywodzą się same.Tylko Fela, który grywała na fortepianie i śpiewała z jego akompaniamentem , rozpoznałaby wersy Trzeciej księgi pieśni Thomasa Campiona, lecz ogarnięta poczuciem winy i smutku, nikomu by o tym nie powiedziała.
Z rozmyślań wyrwał mnie głos proboszcza:
-...ziemi ziemi - prochy prochom - popioły popiołom w nadziei zmartwychwstania do życia wiecznego przez Pana Naszego Jezusa Chrystusa, który wskrzesi nasze grzeszne ciała...
I nagle wszyscy odeszli zostawiając mnie samego-żebym sam słuchał robaków.
To wszystko: koniec nieszczęsnego Gabriela.
Uff.
Zawieszam bloga.
Mój artyzm mnie przerósł i na zwykłe notki nie mam weny.
Chyba, że ktoś chce końcówki tego co jest na górze. lol.
Neverending story.
Dodżi jak go pieszczotliwie nazywałem, wierne ojcowskie faktotum, szedł miarowym krokiem obok toczącego się z wolna karawanu, pochyliwszy głowę i złożywszy dłoń na dachu, jakby chciał ustrzec moje doczesne szczątki pod czymś, co tylko sam mógł dojrzeć. Przy bramie jeden ze zniecierpliwionych karawaniarzy przekonał go ponaglającym gestem, by wsiadł wreszcie do wynajętego auta.
W ten sposób dowieźli mnie, przemierzając w żałobnym kondukcie te same zielone, obsadzone zakurzonymi żywopłotami alejki, po których uciekałem z domu, kiedy jeszcze żyłem..cdn.
wtorek, 26 lipca 2011
It controls your mind.
Jedynie samotność jest w życiu człowieka stanem graniczącym z absolutnym spokojem wewnętrznym, z odzyskaniem indywidualności. Tylko w pochłaniającej wszystko pustce samotności, w ciemnościach zacierających kontury świata zewnętrznego można odczuć, że się jest sobą aż do granic zwątpienia, które uprzytamnia nagle własną nicość w rosnącym przeraźliwie ogromie wszechświata.
Jest zawsze miejsce na nadzieję, gdy życie okazuje się czymś tak beznadziejnym, że staje się nagle naszą wyłączną własnością.Gdy nie widać już znikąd ratunku, najmniejszej szczeliny w otaczającym nas murze, gdy nie można podnieść ręki na los właśnie dlatego, że jest losem, pozostaje jeszcze jedno – obrócić ją przeciwko samemu sobie. Jaka pociecha tkwi w odkryciu, że ostatecznie należy się tylko do samego siebie – przynajmniej w wyborze rodzaju i czasu śmierci...
niedziela, 24 lipca 2011
Marry the night..
Leżałem martwy na cmentarzu. Przeminęła godzina odkąd żałobnicy wyszeptali smutno ostatnie pożegnania. O dwunastej-dokładnie wtedy, kiedy zazwyczaj siadamy do obiadu-rozpoczęła się eksportacja: z salonu wyniesiono polerowaną trumnę z różanego drewna, zniesiono ją ostrożnie na podjazd szerokimi kamiennymi schodami i wsunięto z łamiącą mi serce łatwością w otwarte drzwi karawanu, gniotąc przy tym bukiecik kwiatów, złożony pieczołowicie w ponurym wnętrzu przez jednego z pracowników.
Ps: Dzisiejszy dzień dał mi dużo do myślenia. Dziękuję, że są jeszcze ludzie, którym na mnie naprawdę zależy.
Brakowało mi tego zrozumienia od dawna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




